Obiecałam Wam jeszcze kilka humorystycznych historyjek, które spotkały mnie podczas
gościnnego użytkowania "maluchów".
![]() |
| Fot. Ania Gawrońska |
Podczas studiów, podwożona przez sąsiadkę z Dobrogościc do Inowrocławia, wysiadłam z jej beżowego malucha wraz z... pasami... Wypięłam się bowiem z nich dopiero na zewnątrz. To był jedyny taki przypadek, gdyż nagminnie się w "maluchach" nie dopinałam, mimo szczerych chęci:)))
Również moja pierwsza Pani Dyrektor posiadała beżowego "malucha". Z tym to dopiero miałam przygody. Kiedy Dyrekcja chciała mnie usłużnie podrzucić z Gniewkówca do Złotnik lub odwrotnie, to albo drzwi się nie zamykały i na zakrętach groziło mi wypadniecie za burtę, albo z nagła silnik zaczynał dymić i musiałam ruszać "na piechtę", lubo też nie chciał zapalić. Nie wiem czy to był taki zwykły rzęch, czy też może tylko mnie szczególnie nie lubił:))) A co się przy tym nasłuchałam uszczypliwości Pani Dyrektor... głownie na temat mojej tuszy, no ale to już nie wina fiacika...

